Gdyby ktoś mi powiedział w 2009 roku, że zaczynając w hali nieco większej niż przeciętny garaż, zbuduję firmę, która będzie dostarczać bramy jak z filmu science-fiction — to pewnie bym… poszedł skręcać kolejną bramę. Marzenia miałem ogromne, zamówień niekoniecznie. Zaczynałem sam: człowiek-orkiestra. Rano pracowałem "u kogoś" na etacie, po południu produkcja, wieczorem rozmowy z klientami, a w nocy... Excel, kawa numer trzy i pytanie: „czy ja na pewno dobrze dociąłem ten panel?”
Z czasem hale były większe, projekty bardziej zaawansowane, a zespół… już nie mieścił się przy jednym stole. Przeniosłem się do Parku Naukowo-Technologicznego, gdzie technologia zaczęła iść w parze z pomysłem, a pomysł – z realizacją. Rozszerzyłem ofertę o: bramy szybkobieżne – dla tych, którzy nie lubią czekać; doki załadunkowe – bo logistyka to nie tylko palety; bramy przeciwpożarowe – bo bezpieczeństwo ma u nas priorytet. Dziś KABO BRAMY to nowoczesna siedziba – hala, biuro i wiedza eksperta nie z katalogu lecz z surowych doświadczeń. Wiem, że biznes to rzetelność w każdym detalu. A jeśli zapytasz mnie, co naprawdę daje satysfakcję w tej pracy? To moment, w którym klient mówi: „Działa i wygląda świetnie — dokładnie tak, jak chciałem.” A kiedy spotykam po latach często słyszę: „Cieszę się, że Pana widzę, potrzebuję kolejną bramę".
Realizuję duże inwestycje, ale nigdy nie zapominam, że każdy projekt to przede wszystkim relacja – z klientem, dostawcą, partnerem handlowym. Moich dostawców znam od lat i wiem, że są najlepsi na rynku. Z instalatorami współpracuję tak długo, że znam ich jak własną kieszeń. Z klientami przede wszystkim rozmawiam, aby stworzyć rozwiązanie szyte na miarę. Wiem, że chętnie mnie polecają, bo przez 16 lat nie wydałem ani złotówki na reklamę. Nikt mnie nie widzi, a wie że jestem. Taki marketing szeptany w wersji turbo. Bez nich wszystkich KABO BRAMY nie byłoby tym, czym jest. Dziękuję. Widzimy się u mnie.